Bo dziś wychodzi mi słońce zza chmur...
.
Życie. Czy zawsze potrafimy je docenić? Czy czasem zdaje nam się, że potrafimy, a w rzeczywistości gdy mamy je już stracić, okazuje się, że można je było bardziej docenić?
Dziwnie gadam, dziwnie piszę, dziwnie myślę. Mogłoby być czysto refleksyjnie, ale gdzieś chciałabym opisać to, co mi się przydarzyło ostatnio.
Zaczęło się wcześniej, dla mnie datą konkretną będzie 10 luty, czwartek wieczorem. Dostałam gorączki, przeszła, więc na drugi dzień poszłam do szkoły. Piątek, cóż... Wróciła. I tak cały weekend 38 stopni. Walentynki, też pamiętam. Poniedziałek, nie do szkoły, do lekarza. Jakiś antybiotyk... Za tydzień na kontrolę, w tym czasie doszedł kaszel, bodajże też bóle mięśni i stawów. A może to było w drugim tygodniu? W każdym razie bolało mnie całe ciało, leżałam i nie mogłam przekręcić się z boku na bok. Każdy mięsień czułam. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Non stop 38 stopni, czasem i 38,5. Na kontroli lekarz łaskawie zlecił morfologię i zmienił antybiotyk, olał w sumie bóle ciała, leczymy przecież gorączkę i gardło. Mama zachorowała, u niej wyszło zapalenie oskrzeli. Leżayśmy obie takie wyplute. W końcu do lekarza znowu, prześwietlenie klatki piersiowej (w końcu!) zlecił. Pojawiło się jakieś zapalenie na oczach. I tak po dwóch tygodniach dostałam w czwartek to zdjęcie klatki. Pani, która je robiła stwierdziła, że trzeba będzie do szpitala, bo wygląda na zapalenie płuc. Poszłyśmy z tym zdjęciem do lekarza, tu też łaskawie się zastanawiał nad szpitalem, aż wypisał skierowanie z zapaleniem płuc i znakiem zapytania. W szpitalu miejsca były, lecz z rotawirusem, więc musiałam czekać do następnego dnia. Hm, pamiętam nawet, że ten czwartek był Tłustym Czwartkiem. W domu zwymiotowałam. Ostatnia noc. Gorączka 39. Cała mokra. Jeden wielki koszmar. Już nie mogłam, nie miałam siły, chciałam do tego szpitala, czekałam na ranek niecierpliwie.
Dwa tygodnie domowego leczenia, pan Leon się nie popisał. Trzeba będzie zmienić lekarza. Ale to nie koniec historii, skądże.
Piątek. Położyli mnie w takiej paskudnej sali. Badania, bla, bla. Łóżko z dołem, hamak po prostu. Warunki w szpitalu w moim mieście są KOSZMARNE. Jeszcze złapałam tego rotawirusa i wymiotowałam wszystkim. Kroplówki i takie tam. Wyszło, że coś mam jeszcze nie tak z nerkami. Minął tydzień. I następny dzień. Sobota. Mama już prawie zdrowa, więc zaczęła przychodzić koło środy, bo tak to tata mnie ciągle odwiedzał. I ciotki. Ale wracając do soboty. Postanowili przenieść mnie do szpitala w Lublinie na oddział nefrologii. Minęły ze dwie godziny, spakowaliśmy mnie i karetką do Lublina.
Sobota wieczór, już na Puchatkowym Oddziale. Wywiad. Kiedy zaczęła się choroba, co było przed chorobą, czy coś bolało. Owszem. Kostka, która łączy palec wskazujący z dłonią. I stopy. Katar był też. Pan Leon to zbagatelizował (leczyliśmy gorączkę i gardło, heloł!). A później okazało się, że i to było objawem choroby. I opowiedziałam z mamą całą historię, wszystko zostało spisane, podali mi leki. Leczył (i leczy) mnie cały sztab lekarzy, profesorów. Nawiasem mówiąc personel (mając głównie na myśli pielęgniarki, pielęgniarzy i salowe) są tu bardzo, bardzo mili, dobre warunki są.
Tu już robi się ciekawie.
Wyszło, że nerki nie pracują. Szukanie przyczyny. Nie pamiętam jak to było już... Ale w dwa dni zdiagnozowali chorobę, chociaż ja nie wiedziałam ze dwa tygodnie co to. Miałam różne badania, codzienne pobieranie krwi, niektóre rzeczy mniej bolesne, niektóre bardziej...
Biopsja nerki była paskudna, brakowało mi tlenu i nie mogłam oddychać, znieczulenie strasznie bolało, potem pobieranie tej próbki dość nieprzyjemne, bo czujesz jak coś przebija ciało i tkanki tak powoli pękają... Jeszcze miałam po tym pobierany szpik, na to mnie uśpili, generalnie same narkozy... To jednego dnia było, ha, po wszystkim facet z usg przyszedł i robił swoje, obok pielęgniarz mi krew pobierał i takie tam, mama siedziała, a ja do nich gadałam. Po kolei:
-mamie powiedziałam, że jest smokiem, a potem niebieskim ptakiem
-coś na palcu miałam i: 'mamo, o, hehe, kosmita, patrz, on się wykluwa, hehe, przytul go, pogłaszcz'
-pielęgniarz pobiera krew: 'Gargamel!'
-'jestem królewną...'
-'biedronki chodząąąą...'
Tak, byłam jak naćpana. :d
A pan od usg nie wiedział o co chodzi i się tylko tak patrzył podobno, hahah. To mu wyjaśnili cicho, że ja po narkozie. Wychodził.
-Do widzenia.
-Pa!
To chyba najmilsze wspomnienia... No i jeszcze inny pielęgniarz raz został splamiony po spodniach moją krwią. Haha. A tak się ze mnie śmiał. Bo miałam też tak, że z 14 godzin pić nie mogłam. I pojechałam na blok operacyjny, żeby mi założyli cewnik do dializ tymczasowy w udzie i po tym jakoś na dializie strasznie ryczałam, że dzieci w Afryce nie mają co pić i że to straszne, bo ja będę w końcu mogła, a one nie. I ogólnie pierdoliłam takie rzeczy, a on się cieszył. ._.
Dzisiaj niedziela, 10 kwietnia, dwa miesiące jak zaczęła się moja choroba, 4 tygodnie i dzień jak mnie tu przyjęli, 5 i dwa dni hospitalizacji łącznie...
W ten piątek co był musieli mi zmienić cewnik, na stały taki... Nerki nadal nie pracują... A tymczasowego nie mogę mieć tak długo. I tak już wytrzymał sporo. W poniedziałek go wyciągają. W każdym razie zła jestem, bo podpisałam zgodę na zmianę, zawieźli mnie na ten blok, jeszcze jak czekałam to jakiś chirurg opowiadał, że dziecko zanim zasnęło odwróciło się i wyznało mu miłość. xd A potem przyjemnie już tak nie było, bo jak się obudziłam okazało się, że nie mogę się ruszać.
Chcieli mi w szyi ten cewnik zrobić, ale frajerom nie wyszło i tylko mnie pokaleczyli, nawet sobie nie wyobrażacie jaki to ból... Ranę mam, już mniej boli, ale nie bardzo mogę się ruszać. Wcześniej musiałam leżeć na płasko, teraz niedziela to przeszło trochę... Po lewej stronie to. W końcu wbili się w prawą pod obojczykiem, też boli. Obie strony mam jakby lekko sparaliżowane przez ból. Jedna pozycja. Leżę albo siedzę trochę na plecach ciągle. Boję się tego cholernie. I zmiany opatrunków. I mnie pobili, pf. Jakiś siniak na plecach, obudziłam się z guzem na głowie. No jak można podczas zabiegu jebnąć kogoś w łeb?! Narkoza była straszna, wymioty po niej, taka gula w gardle, porażka... Dopiero mi te mdłości mijają. Jestem zła na lekarzy, czuję się oszukana, kuźwa, to była przedostatnia zgoda jaką podpisałam. Ostatnia to będzie wyjęcie cewnika. Pokaleczyli mnie tylko... Podziubali, zamiast zrobić od razu pod tym obojczykiem.
Na dzień dzisiejszy boję się już wszystkiego co mi tu robią.
Pokazałam dupę, cycki, ahoooj, teraz czuję się bezwstydna. xd
Miałam też takie badanie co rurka idzie przez nos do gardła. Nie życzę tego nikomu, babsko dało mi na początek słabe znieczulenie i ją pierdolnęłam w rękę. xd Wyłam przy tym normalnie... Nie dałabym rady na miejscu mojej mamy znieść takiego płaczu u swojego dziecka.
Bo mama jest tu ze mną cały czas. Jestem przykuta do łóżka, nie mogę wstawać. I musi być, bo... bo musi. A to jakieś zgody, a to badania, informują ją.
Właśnie, niby tak opowiadam, ale w końcu nie powiedziałam na co jestem chora.
Soł... choroba atakuje całe ciało i... jest rzadka i nieuleczalna. Taki przypadek jak ja mieli w tym szpitalu ostatni raz 20 lat temu. Także trochę króliczek doświadczalny ze mnie, nie podoba mi się to. Takich jak ja jest podobno 60 tys. na całym świecie. Jakiś lekarz tak mówił. I coś, że trafia się raz na 2 mln. Nie wiem ile w tym prawdy, bo nie mam odwagi ot tak wpisać sobie nazwy w Google i poczytać. Jej Wam nie podam. Nie musi nikt wiedzieć... Nieleczona jest śmiertelna. Do tego szpitala trafiłam w ciężkim stanie, uratowali mi życie. Mama myślała, że umieram. No i już byłoby faktycznie po moim pogrzebie... Teraz powoli mnie leczą, bo można wyciszyć chorobę, czyli dojść do remisji. Wtedy będę normalnie żyć. Biorę bardzo silne leki, powoli wyniki się poprawiają, ale to trwa bardzo długo. Potem będą kontrole, no i choroba będzie się odzywać. Nie wiadomo co ile, co parę lat, kilkanaście? W każdym razie wiedząc co to, nie będę szła już do normalnego lekarza tylko od razu dostanę na to leki, żeby więcej nie doprowadzić do takiego stanu. Jak ruszą nerki to będzie dobrze. Mam dietę, nie mogę jeść białka i mięsa, konserwantów, słodyczy... Muszę pić minimum ze 2 litry dziennie, pobudzamy nerki dializami i tym piciem. Coś tam robią, bo jest mocz, a to znaczy bardzo wiele.
Boję się, że nie wyjdę na święta... Ale trudno, ważne, żeby wyzdrowieć. Cieszę się nawet teraz, że nie zdałam bierzmowania, bo nie można wybierać patronów u nas, a mi teraz będzie potrzebny jakiś. Poczekam tylko aż się zmieni proboszcz i ta kiepska zasada. I pójdę sobie do bierzmowania tak jak chciałam. Chociaż czuję się trochę olana przez Boga, ale to normalne w moim przypadku chyba...
Ja i tak miałam szczęście, że to taka choroba. Są częstsze i gorsze. Rak, białaczka, cukrzyca...
Dzięki chorobie dowiedziałam się jak pachnie powietrze, jak zwykłe lody potrafią być piękne, każdy krok do szkoły ważny, posprzątanie pokoju cudowne i jak wielu ludzi, którzy się o mnie martwią mam wokół siebie.
Wiem kto jest moim przyjacielem, na kogo mogę liczyć i kto będzie mógł liczyć na mnie, Po prostu wiem jak żyć. Nikt mnie nie zrozumie choćby bardzo chciał, tzn. nikt zdrowy... Mam kuzynkę, ona też ma jakąś taką rzadką i nieuleczalną chorobę, rozumie mnie. Nie znam jej osobiście, bo nie miałam okazji, ale zamierzam poznać w wakacje. Ten sam pogląd na świat.
Wiecie, z jednej strony my się cieszymy, że mamy te choroby, bo właśnie bardziej wszystko doceniamy i widzimy inaczej...
A rodzice obiecali mi psa. No dzięki, musiałam zachorować, żeby po 12 latach dostać szczekacza. xd Chore dzieci w sumie zazwyczaj dostają psy. Nic dziwnego. Nie mogę się doczekać. Będę mogła dużo spacerować i pies będzie mnie zmuszał do tego, przegenialne. Sama nie zawsze lubię, a wyjść zazwyczaj nie ma z kim...
Mam cudowną rodzinę, dalsza też się odzywa, bo się martwi... Nie sądziłam, że będą, w ogóle się zdziwiłam, że wiedzą.
I co jeszcze, co jeszcze... Muszę szybko zdrowieć, chcę wyjść na koszyczek no! I mam długą listę rzeczy do zrobienia!
Zakupy (schudłam 8 kg -.-), lody, spacer, pizza, grill (tak, głównie jedzenie, przy diecie apetyt rośnie xd), ogródek, fryzjer i takie głupstwa.
A co do szkoły to zamierzam zdać, więc pewnie będzie nauczanie indywidualne... ;x
No, cieszmy się, że żyjemy. *.*
Edit: a piżama z ostatniej nocy w domu chyba się spali, pewna miseczka się zbije i jescze parę rzeczy coś trafi. ._.
.
Głosuj (2)
Pressure 10/04/2011 16:22:05 [Powrót] Komentuj
No widzisz, już niedługo będzie dobrze. Wierzę w to i trzymam za Ciebie mocno kciuki! :*.
Ważne, że w ogóle masz jakieś rodzeństwo. Wiesz, niby się go czasami nienawidzi, ale w gruncie rzeczy mojej Siostry i Brata zresztą też, nie oddałabym nigdy za nim i nie zamieniłabym ich! Bo to jednak ONI.
Chłopak - tak, ja coś czuję, co do niego to nie mam pojęcia... Jest dziwnie. Bardzo dziwnie.
Dziękuję :). Wiersz - niewiersz, ale książkę bardzo polecam. Można się w niej zakochać, mimo że jest cholernie smutna.
Trzymaj się! :*.
kłapouch 11/04/2011 18:07:45
http://klapouszek.blog4u.pl/ IP: zalogowany
No i co ja mogę napisać? Trzymaj się, to przede wszystkim, chociaż to też trochę bez sensu, bo widzę, że się trzymasz.
:]
Szczekacze są fajne, pod warunkiem, że nie budzą o 4 rano na spacer... Ale i tak są fajne, też zawsze miałam ten problem, że nie miałam z kim spacerować, a samej chodzenie zawsze było jakieś takie krótkie i nijakie.
No, i dziękuję za pobranie szablonu, mi nie przeszkadzają takie seryjne wpisy do księgi :D
Bu! 10/04/2011 22:51:50
http://bu.blog4u.pl/ IP: zalogowany
choroba jest po coś, by zrozumieć sens życia, by zmienić sposób myślenia, czasem nawet by dojrzeć :) a zdrówko się poprawi, musi :) Pozdrawiam :* i trzymaj się bardzo mocno :)
karolinka-malinka 10/04/2011 21:35:01
http://karolinka-malinka.blog4u.pl/ IP: zalogowany
ah!
i wypijemy za za każde nieprzetrwane jutro, przerażające wczoraj i beznamiętne dzisiaj.
a jakże!
pastelek. 10/04/2011 20:52:00
brak www IP: 83.7.197.161
aaaaaaaaaa nareszcie! i blog i gadu. pocieszać nie będę, bo pisałam już co myślę i wgl, że będzie dobrze! zawsze jest. bo MUSI. więc zbieramy się ładnie i nosek do góry. ;* podrywamy jakiś fajnych studentów i szalejemy, a jakże! a potem w wakacje jak mnie zaprosisz to przyjadę i pokażesz mi, którego poderwałaś, o!
<3.
pastelek. 10/04/2011 20:49:46
brak www IP: 83.7.197.161
Kurcze, strasznie mi przykro z powodu Twojej choroby. Wiem, to brzmi banalnie i może trochę żałośnie... Ale tak jest.
I tak jak Ola, nie wiem, co miałabym Ci teraz powiedzieć. Musisz się teraz trzymać i nie dać się choróbsku. Bo kto się wtedy zajmie szczekaczem? ;). Musisz żyć, musisz być silna. Musisz. Dla swoich najbliższych, dla tego uroczego futrzaka, który ma się pojawić w Twoim domu, dla Twoich przyjaciół... Dla siebie. Przede wszystkim dla siebie. Bo przecież chcesz żyć, cieszyć się wiosną, pójść ze święconką, prawda? :).
Będzie dobrze, pamiętaj o tym. My tu wszyscy trzymamy za to kciuki. Za dużo już wycierpiałaś, żeby cokolwiek mogło być źle.
Pozdrawiam :*.
kłapouch 10/04/2011 20:12:57
http://klapouszek.blog4u.pl/ IP: zalogowany
Kiedy odezwałaś się do mnie na GG... wiesz, nie spodziewałam się, że to jest tak poważne.
Nie wiem, co powinnam Ci w tej sytuacji powiedzieć. Po prostu nie mam pojęcia. W tej chwili siedzę i ryczę jak opętana. Ten świat jest pojebany.
Ale z drugiej strony jest kurewsko piękny. I Ty musisz to widzieć. Bierz dupę w troki, zdrowiej i uciekaj z tego szpitala, i ciesz się życiem, po prostu BĄDŹ.
bez podpisu 10/04/2011 17:10:36
http://ciasteczkowy-potwor.wjo.pl/ IP: zalogowany
18939
Autorką szablonu jest Decay. Więcej na handmade. Obrazek stąd.
